Kiedy dojrzałam do chęci posiadania storczyków botanicznych nabywałam tylko dorosłe, bo chciałam mieć kwitnienie już zaraz, natychmiast.

I przeważnie się udawało, rośliny były dorodne z ładnym systemem korzeniowym, szybko się aklimatyzowały i chętnie kwitły.
Zdarzały się też i młode, ale na zaglądanie , chuchanie i dmuchanie brakowało mi cierpliwości, co zrobić, taka natura.
Kiedy przez moją kolekcję przeszedł pomór, pisałam o tym w wątku
viewtopic.php?f=3&t=1591, długo myślałam nim w ogóle się odważyłam kupić jakiegokolwiek storczyka .
A kiedy się zdecydowałam była to roślina młoda, za niewielkie pieniądze, bałam się, że padnie, więc nie chciałam przepłacać. No, ale roślinka jak jej właścicielka uparła się by żyć i przetrwała zimę, więc wiosną dostała kumpelkę do towarzystwa, a nawet dwie i poleciało...

Jak stres mi minął nabyłam rośliny dorosłe, bo ckniło się za kwitnieniami. Nadal wolę kupować rośliny dorosłe, bo trudno tę cnotę się ćwiczy(cierpliwość znaczy).
Chociaż... od kilku miesięcy posiadam u siebie całą wylęgarnię "botaniaków" w wieku przedszkolnym.
Przyznaję, że przejęłam ją raczej z dobroci serca

niż świadomego wyboru
Wyjęłam z agaru, doprowadziłam do porządku i muszę przyznać, że dotychczasowe poczynania (4-5 miesięcy od wyjęcia z agaru)są budujące.
Wiem, że wiele wody w Odrze upłynie nim zobaczę na nich kwiaty, ale darowanemu koniowi...
Traktuję je jako poletko doświadczalne i dla potrzeb nauki

ćwiczę na nich swoje zapędy,
a to uprawa w hydroponice, a to w podłożu takim, albo siakim...Jakie będą efekty...
Pewnie się pochwalę...
Brakiem efektów...tfu, tfu, również...OBYM NIE MUSIAŁA
