O zmartwychwstaniu storczyka, czyli po co nam w domu antybiotyk..
Święta się zbliżają, więc pora na niezwykłą opowieść z cudem w tle.
Kupiłam Phal. Yaphon Lobspis Phon "Circle", piękną krzyżówkę z listy moich chciejstw. Z pędem i z obietnicą rychłego kwitnienia.
Chyba chciałam dla niej za dobrze i przemoczyłam roslinę, zapominając, że w okresie zimowym trzeba uważać ze spryskiwaniem podłoża.
Po dwóch miesiącach niektóre liście zmiękły, a korzenie w wiekszości obumarły. Liście ewidentnie zaatakowała zgnilizna bakteryjna.
Pęd kwiatowy i 2 pierwsze liście sybciutko usunęłam, ale zgnilizna nie dała za wygraną, ujawniła się na kolejnych liściach. Usunęłam więc następne.
W tym czasie do końca padły wszystkie korzenie, a zgnilizna pojawiła się na 2 najmłodszych liściach. Zdecydowanie, choć z bólem ucięłam je jak najniżej. Roślina wyglądała jak kikut bez stożka wzrostu. Pozostałość trzonu pokryła się pleśnią, mimo traktowania wodą utlenioną i propolisem. Z całej rośliny został mi jeden (!) liść i zero gwarancji, że stożek nie obumarł. Myślę, że wiele osób uznałoby to za koniec rośliny...
Nie mialam nic do stracenia. Przeszukałam apteczkę i znalazłam 2 antybiotyki. Co szkodzi spróbować?
Wybrałam antybiotyk w kapsułkach, łatwy do rozpuszczania. Od razu się przyznam - nie zrobiłam rozpoznania, co do jego skuteczności w stosunku najczęstszej przyczyny zgnilizny bakteryjnej - Erwinia sp. Gdybym to zrobiła, uznałabym, że nie jest to właściwy specyfik (z ulotki wynikło później, że działa na bakterie Gram (+) i beztlenowe Gram (-), podczas gdy Erwinia sp. należy do Enterobacteriaceae, czyli jest pałeczką tlenową Gram (-)). Nieświadoma tego rozpuściłam 1 kapsułkę w niewielkiej ilości wody, namoczyłam w tym roztworze trzon i przetarłam liść z obu stron, pozwalając antybiotykowi wyschnąć na powierzchni. Po tym zabiegu umieściłam liść w misce szklanej wypełnionej wilgotnym sphagnum (woda RO).
Bałam się pleśni na dole trzonu, więc z paska plastiku zrobiłam podkładkę pod końcówkę trzonu, a nieco wyżej otuliłam go mokrym sphagnum. Całość przykryłam w miarę dopasowaną drugą szklaną miską. Zabieg z antybiotykiem powtarzałam co drugi dzień, 3 razy. Liść wracał na miejsce w misce, zwilżałam codziennie torf i zraszałam liść, uważając, żeby nie zmoczyć stożka wzrostu. Liść zachowywał ciemnozielony kolor i był jędrny, a koniec trzonu - jasnozieleny, twardy, lekko błyszczący. Minimalnie wystający fragmencik nowego pędu nie obumarł i nie zgnił.
Ostatni liść obronił się przed zgnilizną, ale w pewnym momencie wróciła pleśń u dołu trzonu. Kupiłam Miedzian, bo jego działanie jest podwójne - przeciwgrzybicze i przeciwbakteryjne. Namoczyłam trzon, zanurzyłam liść na ok. 30 min., zostawiając znów warstwę specyfiku do obeschnięcia. Zabieg powtórzony 3-4 razy, co drugi dzień.
Wszelkie zarazy ustały. Reszta usuniętych liści "środkowych " zaschła i los stożka wzrostu wydał mi się przesądzony... Póki jednak liść był jędrny, póty nadzieja nie umarła. Codzienne zaglądanie, sprawdzanie, zraszanie.
Po 3 miesiącach zauważyłam 1 milimetrowy wystający ze stożka wzrostu czubek nowego liścia 
Zaczął przyrastać dość szybko, a po kolejnym miesiącu wyjrzał drugi nowy listek. Wow!
Teraz już tylko cierpliwości, żeby ruszyły korzenie...
Dziś mogę powiedzieć, że najtrudniejsze już za nami. Po 4 miesiącach walki pojawił się czubek korzonka .
Po kolejnych 2 tygodniach roślina wypuściła 2 kolejne korzenie.
Bardzo dużo się nauczyłam przez ten czas. I nadal trzymam kciuki za moją Phal.