Z góry chcę przeprosić, jeśli temat który poruszam pojawił się na tym forum. Wydaje mi się, że z pewnością ktoś jeszcze miał taki problem jak ja, ale po wstępnym zaprzyjaźnieniu się z wyszukiwarką i przewertowaniu kilku wątków nie znalazłam problemu w pełni odpowiadającemu memu zmartwieniu.
Swojego storczyka phalaenopsis mam mniej więcej od początku wakacji. Był piękny, naprawdę cudowny. I dbałam o niego, nie powiem że nie, chociaż na malutkiej przestrzeni pokoju w akademiku było z tym ciężko
Od jakiegoś czasu zaczęło się dziać z nim coś dziwnego... Zrzucił wszystkie kwiaty (tłumaczyłam to sobie porą roku, zima idzie, chce sobie biedaczysko moje odpocząć), potem zaczęły pojawiać się pączki... Już, już prawie zaczęłam się cieszyć, gdy nagle one uschły i opadły, malutkie pączki... Następnie końcówki pędów, tam gdzie miały wyrosnąć kwiaty zaczęły się również robić żółte... A potem liście. najpierw jeden, cały żółciutki się zrobił. Oderwałam go, chcąc powstrzymać tę epidemię zółci, na nic się to jednak zdało - kolejny liść zaczął żółknąć, więc i jego również się pozbyłam. I tak teraz patrzę jak moja roślinka umiera... Kolejny liść zaczyna się żółcić, pędy od góry również... Korzenie na wierzchu są dziwnie szare, suche, kruszą się w dłoniach. Te za osłonką wydają się być ok - ładnie zielone. Ale te na wierzchu?
I tu się pojawia moje pytanie - co zrobiłam nie tak? czy mógł on zmarznąć? Za mało wody? Jesienią staram się go podlewać co 14 dni.. A może za dużo? Za ciemno? czy to może wirus? Grzyb?
Załączam zdjęcia, nieco wyraźnie przez wzgląd na późną porę i słabą jakoś mojego aparatu. Ten storczyk jest dla mnie bardzo ważny, dostałam go od chłopaka, gdy tylko zaczęliśmy ze sobą chodzić, jako symbol naszej więzi... I co? Prawie go zabiłam ;( A i on mi urwie głowę, jak zobaczy w jakim jest stanie...
Jeżeli zaśmiecam forum - przepraszam, naprawdę ;(